| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Po pierwsze ten film nie ma nic wspólnego z tym rewolucyjnym tytułem jaki nadał mu polski dystrybutor. Tzn. ok, ma, ale dla mnie finezja tłumaczenia jest porównywalna do takich klasyków jak "Wirujący seks" czy "Goło i wesoło". Doprawdy niewiele osób wpadłoby na pomysł, że reżyserem filmu "Ja cię kocham a ty z nim" może być ten gościu od "Co gryzie Gilberta Grape'a?". Nie żebym jakoś kochała bardzo ten film, ale zdecydowanie wyrożnia się z tradycyjnej hollywoodzkiej sieczki. Wyróżnia się i "Dan".
Pisząc o Danie nie sposób nie pisać o Stevie Carrellu. U nas nie bardzo jeszcze popularny, w Stanach jest postacią raczej kultową. Człowiek o wyglądzie kierownika średniego szczebla, który jednocześnie wzbudza bezwarunkową sympattię - te jego cechy na maksa wykorzystano w "40-letnim prawiczku" jednej z najlepszych moim zdaniem komedii ostatnich lat i w "Little miss Sunshine"/Małej Miss, gdzie zagrał homoseksualnego nauczyciela akademickiego, wielbiciela Prousta, nie mówiac o tym, że rzeczywiscie gra kierownika średniego szczebla w amerykańskiej wersji sreialu "Biuro". No więc Steve, dla którego w zasadzie jestem w stanie pójść prawie na każdy film, gra Dana, ojca trójki dziewcząt, wdowca, który właśnie jedzie na wielki zjazd rodzinny. Jedna córka obraża się na niego, bo nie pozwala jej prowadzić samochodu, druga - bo jest dramatycznie zakochana, trzecia - bo ojciec traktuje ją jak dziecko. W milczeniu dojeżdżają do domu nad jeziorem (te domy nad jeziorem w filmach zawsze wygladają dokładnie tak, jak powinny wygladać...). A w domu jest około dwoch tuzinów osób, członków rodziny, którzy lubią się, kochają i naprawdę chciałoby się do nich przyjechać na świeta zamiast do swoich starych. Następnego dnia matka wysyła Dana rano do miasta, "musisz stąd wyjść, to jest rozkaz" i Dan w księgarni wpada na Juliette Binoche. No i wiecie, zaczyna z nią rozmawiać i nie może przestać. No ale to jest przecież początek filmu, więc wiadomo, że muszą pojawić się jakieś komplikacje...
Dan in Real Life to przede wszystkim jest film o tym jak to fajnie mieć ciepłą i kochającą rodzinę. Zawsze trochę szlag mnie trafia w takich sytuacjach, bo nie poznałam nigdy rodziny takiej, która razem rano uprawia aerobic, w której kobiety z mężczyznami rywalizują poprzez rozwiązywanie krzyżówki o to, kto ma zmywać po obiedzie i takiej która organizuje wieczór talentów, w którym wszyscy biorą udział (szczerze mówiac mam wrażenie, że o wiele więcej jest rodzin takich jak w duńskim "Festen"). A to właśnie ta rodzina, a nie Juliette jest bohaterką "Dan in real life". Rodzina i Dan, którego nie sposób nie lubić właśnie dlatego, że nie jest Bradem Pittem ("you're smooth" mówi do niego Juliette, "no, I'm not smooth. I'm Dan").
Ten film ma podobną jakość emocjonalną jak "Forrest Gump" albo"Był sobie chłopiec" (to film Hedgesa zresztą) albo wspomniana "Mała Miss". Koi duszę, powoduje ronienie łez (ja się popłakałam cztery razy w trakcie seansu) i każdemu się spodoba. To jest ładny, niegłupi film i naprawdę warto przemóc wstyd i powiedzieć w kasie "Dwa na Ja cię kocham a ty z nim".
kiedy zobaczylam ten tytul, mimo swojej sympatii do J. Binoche (siwetna ola u kieslowskiego) nie bylam przekonana czy isc ale teraz mysle ze to nie wina rezysera ze tak ten nieszczesny tytul przetlumaczyli i chyba jednak sie wybiore a w kinie bilety mozna teraz kupic w automacie ;]] ps; ale najpierw obowiazkowo Tatarak!



